Recent posts

Like us

Obsługiwane przez usługę Blogger.

Subscribe

Download templates

niedziela, 15 lipca 2012

Kierunek: południowy-wschód

| | 0 komentarze
Wyjazdy nigdy nie bywają łatwe, trzeba sprawdzić czy wszystko się wzięło (a paszporty to już w ogóle conajmniej pięć razy), wymienić ostatnie uściski, jeszcze raz się wrócić bo mimo dokładnego sprawdzenia bagażu o czymś się zapomniało i znowu się wyściskać... Jednak mam wrażenie, że wyjazdy kogokolwiek z mojej rodziny są dużo trudniejsze, szczególnie gdy Papiszon jest taki jaki jest. Wyjazdowi zaczyna towarzyszyć nerwowość i niezgoda, bo Papiszon kierując się szlachetnymi pobudkami próbuje przekonać nas by podróż odbyła się po jego myśli (co może by jeszcze było dopuszczalne gdyby jechał z nami). Radzi, byśmy zamiast planowanej godziny 16:00 odłożyli wyjazd do 4tej rano, jechali inną trasą, nocowali gdzieś u niby bliskiej rodziny ale której właściwie nawet nie kojarzę... Cała ta gadanina sprawiła że mieliśmy jakąś godzinę opóźnienia, ale w końcu, zaraz po pamiątkowym zdjęciu, zatrzasnęliśmy drzwi i jak najprędzej odjechaliśmy, co by tu nie zmienił znowu zdania i nie zaczął nas znowu wciągać w dyskusję.

No tak, ale dokąd ruszyliśmy? Otóż celem naszej podróży został Kiszyniów, Mołdawia, często też przez moich znajomych przekręcana na Macedonię (cóż, nie dziwię się, miałam takie samo podejście jakiś czas temu) - białej plamy na turystycznej mapie Europy. Wyjazd tu ma związek z delegacją z pracy mojego szwagra, który jako że ma spędzić tam parę miesięcy, zapakował w samochód żonę, córę Hanię (1,5 roku), połowę dobytku no i mnie która nie mając nic lepszego do roboty w te wakacje postanowiłam zobaczyć trochę świata. Biednego, ale mimo to kawałek świata. Malutki kawałek świata z ludnością nie przekrajacą 3 milionów.

Nasza trasa przebiegała przez Słowację, Węgry i Rumunię, jako że towarzystwo na Ukrainie nie ciekawe, a i drogi nie lepsze. Lublin został już daleko w tyle, a ja podwinęłam nogi pilnie studiując atlas drogowy europy i porównując go z trasą wydrukowaną z google maps. Początkowo było to zadanie mojej siostry która pełniła funkcję drugiego nawigatora na pokładzie (stanowisko pierwszego nawigatora przypadło gprsowi) jednak przegrała walkę z atlasem po jakiś 5 minutach.

Po paru godzinach dojechaliśmy do Rzeszowa, gdzie wstąpiliśmy na kolację do Mc'a. Przy okazji zaczęło padać, ale niezrażeni tym podążyliśmy dalej, na granicę Polsko-Słowacką. Im bliżej byliśmy granicy, tym więcej się pojawiało samochodów zmierzających w tym samym kierunku, także więc po wymianie uprzejmości przez cb radio i naradzie podczas tankowania na stacji staliśmy się częścią cztero-samochodowego konwoju. Akurat trafił się nam stały bywalec tych dróg, więc my jak posłuszne baranki podążyliśmy za jego przewodnictwem.

Wadą nocnych podróży jest m.in. to, że nie bardzo idzie jak zdjęcia robić. I szkoda, bo przez to nie mam żadnych zdjęć ze Słowacji i mało zdjęć z Węgier. Szybko przejechaliśmy i jedną granicę, i drugą. Przyczyniły się do tego otwarte granice i całkiem niezłe drogi - na większości tego odcinka jechaliśmy koło setki.
I Węgry oficjalnie kojarzą mi się ze słoneczkami. Mam wrażenie, że nie hodują tam nic innego oprócz kukurydzy, której nota bene też jest od groma. Niebo zaś nad nimi było pięknie rozgieżdżone, dawno nie widziałam tak pięknego widoku!

Za Miskolcem pożegnaliśmy naszych towarzyszy, którzy skierowali się na wakacyjny wypoczynek na Chorwacji (ciekawa sprawa, każdy z małymi dziećmi = najmłodsze miało pół roku). My zaś pojechaliśmy do Debrecen, gdzie dotarliśmy około czwartej rano. Ostatkiem sił zameldowaliśmy się w hotelu Lucien i z miejsca poszliśmy do łóżek. A ranny prysznic był jednym z najlepszych rzeczy na świecie (przynajmniej na tamtą chwilę). Gdy w końcu byliśmy jako tako wypoczęci (lepsze parę godzin snu niż w ogóle) i pachnący, skierowaliśmy się do jadalni. Oferowałowała ona szwedzki stół, nastawiałam więc czego tylko mogłam na talerz, a gdy wszystko już zjadłam, powtórzyłam czynność tym razem z owocami. Ilość pochłoniętego przeze mnie jedzenia sprawiła, że zaczęłam już się wolniej ruszać, ale znalazłam w sobie siły by wstać i udać się po deser. I, rety, były tam wspaniałe doughnuty i muffiny... zdołałam jednak zjeść tylko jednego doughnuta, a muffina którego miałam na talerzu zmuszona byłam zawinąć w chusteczkę i przemycić na dalszą podróż. Nauczka płynie z tego taka: zaczynaj zawsze od deseru!


widoki z mojego hotelowego pokoju



Następny przystanek: Rumunia

0 komentarze:

Prześlij komentarz

 
Twitter Facebook Dribbble Tumblr Last FM Flickr Behance